środa, 28 maja 2014

Dzień, jak co dzień można by powiedzieć. Wstaję rano. 5.30, ale przecież się ciesze, przecież tryskam optymizmem, bo kocham poranki o tej porze. Mała W. popija mleko, którego nikt nie musiał przygotowywać, bo cudownie stało sobie takie cieplutkie i na nią czekało. Fenomenu nie koniec. Dwie książki leżą przed dzieckiem. Nagle otwierają się, a głos z niewidzialnego głośnika zaczyna czytać. Wanda spokojna, zrelaksowana, jak i ja. 
Jadę do pracy i myślę sobie "praca? co to za praca?". Jakżeby inaczej - ja właściwie w pracy to odpoczywam. Noga na nogę, kawka. Przedszkolaki to aniołki, nikt nie krzyczy, nie przeszkadza, nie gada, właściwie, spokojnie bawią się same. Ja się nie denerwuję, bo nie mam na kogo - takie grzeczne. 
Wracam do domu, podjeżdżam pod klatkę, a tam, nie uwierzycie, sam Mr. Gadget do mnie woła "Daj spokój, nie wnoś tego roweru na górę, ja to załatwię". "Dalej, dalej rączki gadgeta" i rower już pod drzwiami. Wchodzę do domu, a mój pies ludzkim głosem do mnie "Monia, usiądź, kawy się napij, ja się sama na spacer wyprowadzę". No więc, siadam, popijam, pazurki, gazetka, cóż tu robić. A niech tam, zdrzemnę się. Podnoszę leniwie powiekę, a tam, w ogóle jakieś sytuacje w kuchni kosmiczne. Warzywa leżą już obrane, boczek pokrojony, w powietrzu lata liść laurowy jeden za drugim, ziele angielskie do gara wskakuje. Przewróciłam się na drugi bok, a kapuśniak już był gotowy. 
Z Wandą, to wiadomo, bawić się nie trzeba. Ona ma już dwa lata, nie złości się, nie płacze, nic nie niszczy i przede wszystkim cały dzień się sama sobą zajmuję. Zuszek mały.
Ktoś mi też pranie rozwiesił, nie wiem czy Wandzia czy Milenka, jak wróciła ze spaceru.
Mało tego wszystkiego, tego dnia wyjątkowo zaskoczył mnie rabarbar. Proszę sobie wyobrazić, obrał się, pokroił i wskoczył do ciasta, które ktoś mi chyba podłożył, bo ja nic nie miksowałam, żadnych jajek, czy czegoś takiego. Ja w ogóle to nie piekę i w kuchni mam dwie lewe ręce. I ten rabarbar, no na prawdę, co za nacja. Tam był taki jeden, chyba przywódca rabarbarowy i powiedział tak "Panowie, trochę nas zostało, ładujemy się do kompotu". 
Na koniec, jeszcze, wyobraźcie sobie, ktoś, do końca nie wiem kto, ale w sumie podejrzewam właśnie rabarbar, bo znalazłam później jednego wojownika na podłodze, iście wycieńczonego, cały ten syf posprzątał. Wszystko pozmywane, wyczyszczone. No, co za życie.
Wandzia też zasypia sama, sama sobie czyta. Ja w tym czasie oglądam seriale i balsam nakładam.



Czy przy Waszym boku również żyje ktoś w tej słodkiej ułudzie?


3 komentarze: